Wojna to obowiązek. Jedyny prawdziwy wybór to zaakceptować to lub nie i wiedzieć, o co się walczy.~Rick Riordan ;3

KOMENTUJCIE! :D

Spis treści :3

czwartek, 26 grudnia 2013

Rodział VIII


Na początek chciałabym przeprosić za to, że nie pisałam w ostatnim czasie. Po prostu nie mogłam. Ale mam nadzieje, że ten rozdział Wam się spodoba. ;)
A tu macie śliczną mordkę Loganka <3 





Pobiegła do domku Irys.
Znała Ogygię. A jeszcze bardziej Calypso. Kiedyś popłynęła z jakąś kobietą łódką. Potem tamta chciała ją zjeść więc wskoczyła do wody i odpłynęła jak najdalej, aż straciła małą rybacką łódkę z oczu. Dryfowała po wodzie dopóki się nie ściemniło, a potem zemdlała z upału. Gdy się obudziła znalazła się na piaszczystej plaży. Zobaczyła dziewczynę i tak się zaczeło. Zaczęła Była taka słodka, że aż się rzygać chciało. Potem się zrobiła wredna, chamska i złośliwa.
Dobiegła do domku Jean wychodziła z jakimś brązowo włosym chłopakiem, śmiała się. Gdy zobaczyła Leę uśmiech spełz z jej twarzy. Podbiegła do niej i przytuliła ją.
- Ty żyjesz! Ale czemu jesteś cała we krwi?- zapytała.
- Nie ważne, ale potrzebuje twojej pomocy.- odparła Lea.
- Oczywiście, w końcu zrobie co chcesz- odpowiedziała i uśmiechnęła się krzywo. Odeszły trochę od reszty dzieci Irys, które właśnie wyszły z domku.
- Musisz poprosić swoją mamę, aby mnie przeniosła w jedno miejsce.
Jean zmarszczyła brwi. Po chwili odpowiedziała.
- Nie moge. To nie możliwe.
- No proszę. Obiecałaś. Musisz.- błagała.
- No dobra postaram się. Ale jakie to miejsce?- spytała.
- Dokładnie to jeszcze nie wiem... Ale chodzi mi głównie o pewną osobę.- spochmurniała Lea
- No dobrze. Jeśli moja mama odpowie dziś wieczorem powinnaś już tam być.- wymusiła uśmiech i odeszła. Serce Lei zaczęło walić jak młotem. Udało się, to znaczy może się udać.- pomyślała. Pobiegła do Percy'ego i Annabeth.
- Przepraszam. Ale coś przyszło mi na myśl. Oczywiście nie chce go szukać, ale wiecie gdzie może być teraz Leo?- zapytała lekko zdyszana.
-Pewnie gdzieś na Morzu Karaibskim.- odparł Percy. I zrobił zdziwioną minę, bo w tym momęcie podbiegła do nich także Jean, córka Irys.
- Moja mama odpowiedziała!- krzyknęła, ale zaraz zamilkła, bo zauważyła, że cała trójka się na nią patrzy.
- To wspaniale- burknęła i wskazała ścieżkę prowadzącą do pawilonu. Odeszły. - A kiedy twoja mama przyjdzie i mnie zabierze do Leo?
- Zaraz! Powiedziała, że zaraz tu będzie.- uśmiechnęła się.
- To... cudownie. Idę zabrać... no tak nie mam żadnych rzeczy.- spochmurniała.
- Jesteś córką Afrodyty! Musisz mieć jakieś ubrania!- zdziwiła się Jean.
- No, ale właśnie nie mam..... zaraz co? Skąd wiesz, że jestem córką Afrodyty?- zdziwiła się.
-  Twoje nazwisko. Omofia po grecku to znaczy piękna. Czyli Afrodyta, prawda? Nikt ci tego nie powiedział?- Jean oburzyła się. W tym momęcie powietrze obok zafalowało.
- Oh Bogowie, czy już nikt nie używa odwieżaczów powietrza?!- krzyknął kobiecy głos.
Miała piękną jedwabną sukienkę, upięte z tyłu bląd włosy i lekką opaleniznę. To była Irys.
- Oh... Witajcie dzieci. Jean. Eleanor.- dokończyła zakłopotana.
- Witaj mamo. Lea tak masz na imię. Eleanor? Czemu Eleanor?- zdusiła śmiech.
- Lea to skrót od Eleanor. Nie lubie Eleanor.... A poza tym Lea brzmi dużo lepiej.- odparła.
- Jak Leo. - uśmiechnęła się Jean.
- Ekhm dzieci miałam chyba kogoś podrzucić.- wtrąciła się Irys.
- Tak, mnie. Do.... Leo Valdeza. Muszę z nim się natychmiast spotkać. To pilne.- już prawie szeptała.
- Dobrze złap mnie za rękę- i chwyciła ją mocno za nadgarstek. Obraz zaczął się zmieniać. Nagle znalazła się na zniszczonej tratwie. Bogini nigdzie nie było. Obok niej leżał chłopak.   To był Leo. Miał zamknięte oczy. Dziewczyna ukucnęła przy nim szybko i sprawdziła puls. Było bardzo słabe. Był czerwony na twarzy. Zobaczyła też, że ma czarną torbę na ramieniu. Nie jedna z dziewczyn by jej pozazdrościła. Otworzyła ją. Zobaczyła dwie półlitrowe butelki wody, trochę ambrozji  i nektaru, ubranie dla chłopaka i dziewczyny,kilka batonów i... słuchawki?. Bogowie- pomyślała z irytacją.
Wzięła jedną butelkę z wodą, otworzyła ją i wlała troche wody do popękanych ust Leo. Potem oblała jego twarz. Była tak spalona, że lekko zaskwierczała. Powtórzyła jeszcze kilka razy podobną czynność, aż butelka była pusta. Chłopak odetchnął.
-Ca.... Cal..... Calypso?- zapytał szeptem Leo, a potem otworzył lekko oczy.
- Nie, nie Calypso. To niestety tylko ja.- powiedziała drżącym tonem Lea. Miała łzy w oczach. Czuła się okropnie.- Przepraszam, że cie zawiodłam.
- Lea? Co ty tu robisz? Przecież ty nie żyjesz. Mo..... Może już nie żyje.- odparł ochrypłym głosem Leo.
- Dla ciebie teraz lepiej żebyś nie żył.- krzyknęła- Po co mnie wtedy złapałeś?! Po co wtedy powiedziałeś, że jestem piękna?! Chciałeś żebym się w tobie zakochała, żebyś potem mógł mnie upokorzyć przed całym obozem?! Udało ci się tylko nie ma dwóch rzeczy. Nie ma tu tłumów twoich fanów, aby ci gratulowali i nie ma tu tej twojej wrednej dziewczyny Calypso.
Odwróciła się, uklękła i zaszlochała. Wiedziała, że nie może płakać, ale jednak tak chciała się popłakać. Nie tylko przez to, że Leo dał jej kosza, ale też dla tego, że tak wiele ostatnio wydarzyło się w jej życiu. Tak wiele nowości, ludzi, strachu, krwawych łez i bogów. Za wiele . Leo wstał powoli. Podszedł do niej i uklęknął obok niej.
- Przepraszam. Ale jak to się stało, że żyjesz?- spytał spokojnie. Lea spojrzała na niego. Jego usta świeciły od wody, którą mu chwile wcześniej wlała. Nalge poczuła, że bardzo chce go pocałować. O Boże... znaczy Bogowie ależ on jest przystojny- pomyślała. Ale zaraz odrzuciła od siebie tą myśl.
- Nie wiem. Nie wiedziałam nawet, że umarłam. Po prostu zasnęłam.- stwierdziła ze smutkiem w głosie. Przypomniałam sobie, że mam telefon w kieszeni i słuchawki w torbie. Wyjęła je.- A teraz jeśli pozwolisz zatopie się w swoich smutkach i będę użalać się nad sobą.
Zakłada słuchawki, widzi, że Leo odchodzi i przegląda piosenki: Across the Line, Bubbles, Burn it Down.... jest: Castle of Glass. Włącza ją i słucha ją i leci wciąż od nowa, aby zagłuszyć krzyk rozpaczy w głębi. Nagle coś wyrwało ją z jej własnego świata. Przed nią zaczęła się formować mgła. W obrazie pojawił się Percy, który był wyraźnie zdenerwowany i zrozpaczony  i Jason, przystojny blondyn, który mnie ocalił przed wściekłą brunetką, Piper. Zdjęłam słuchawki.
- Mamy problem.- zaczął Jason.- Porwali Annabeth.
W uszach zaczęło mi szumić i zrobiło mi się potwornie gorąco.
- Porwali? Kto?- krzyknęła, gdy Leo podszedł do niej.
- Nie mamy wiele czasu. Nikt nie widział jej od rana.- krzyknął Percy ze zmartwienia.- Żądają, abyśmy wydali ciebie, a wtedy ją oddadzą. Jeśli nie... ona zginie.
Chłopak był na skraju załamania. Ale mówi dalej.
- Musisz przyjść. Musisz ją uratować.
Zatkało mnie. Chcą żebym oddała życie, bo jakaś dziewczyna dała się złapać. Ale czy  życie Annabeth jest bardziej warte niż jej? Tyle razy zastanawiała się kim jest. Czemu może  władać wodą, piorunami, walczyć jak automat i kochać tak mocno? Może jest jakimś mutantem stworzonym specjalnie żeby zginąć w odpowiednim momencie? Może była chodowana jak prosiak, aby potem ją zerżnąć dla własnych korzyści? Miała tego dosyć. Zapragnęła być sama. Sama na świecie, w którym nie ma problemów, smutków i trosk. Przypomniała sobie, że jest na morzu. Może jak wsocze to się utopie?- pomyślała.
- Nie moge.- Po policzku spłynęła jej kropla wody. Potem jeszcze jedna na koszulkę. I zaczęło strasznie padać. To już właściwie nie deszcz, ale grad. Kulki spadały na jej ciało i na tratwę. Mgła zaczęła gasnąć, ale Percy wiąż mówił. Chciał ją przekonać, aby poszła na pewną śmierć. Tratwa przechyliła się niebezpiecznie. Lea cofnęła się o
krok, ale polizgnęła się na kulce gradu, wywróciła się na Leo i razem wpadli do wody.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze mile widziane.
Jeśli coś się nie podoba bardzo proszę o pisanie komentarzy, a ja postaram się to zmienić :)
Kocham Was ;3